Lęk i odraza w San Juan
Recenzja "Dziennika rumowego" Huntera S. Thompsona
Miało być znowu o Kalderze, ale w międzyczasie wpadła mi w łapki gratka nie lada: „Dziennik rumowy” Huntera S. Thompsona. Piękna sprawa. Nieco mniej piękną jest ta, że prawdy doktora dziennikarstwa z mozołem moszczą sobie miejsce w katalogach i sercach naszych wydawców i trzeba dopiero ekranizacji z Deppem w roli głównej, żeby móc posłuchać ich w polszczyźnie. Dobre i to.
„Dziennik rumowy” dostajemy w dwa lata po obłędnym „Lęku i odrazie w Las Vegas”. Juwenilia po
tour de force . Piosenki z młodzieńczej sesji nagraniowej po białym albumie. Dodać muszę, że „Lęk i odraza” to płyta, która non-stop kręci się w mojej plejce i jest jednym z najlepszych przekazów literackich z tamtej strony kosmosu. Przy okazji uświadamiam nieuświadomionym i objaśniam zdezorientowanym, że za transkrypcję amerykańskiego rock and rolla z Las Vegas na rodzime bity odpowiadał śląski poeta naiwny Wróbel Marcin (od czasu licznych kolizji z prawem i afer obyczajowych z udziałem nieletnich, głównie płci żeńskiej, występujący jako Marcel Szpak) wespół z raperem z WueLKaPe, Maciejem Potulnym. Podaję twarde dane nie z ziomalskiej powinności, ale szczerej chęci poinformowania świata o ich pierwszorzędnej robocie i radosnym fakcie ubogacenia dzięki nim smętnego języka zachodnioazjatyckich Słowian taką ilością ekstatycznych bluzgów, psychodelicznych fraz i semantycznych zamienników słowa „narkotyk”, że starczy na trzy pokolenia e-czytelników do przodu. Podsumowując – jeśli „Lęk i odraza” nie trafi od roku 2166 na listę lektur obowiązkowych, to będzie oznaczało, że MEN-em rządzi Szatan. Albo ktoś z Frondy.
I tak jak „Lęk i odraza” był rozbuchany, deliryczny, wieloznaczny i miażdżący, tak „Dziennik rumowy” jest zwięzły i skromny w środkach wyrazu. Ale nie mniej wart poznania. To powieść pisana przez chłopaka dla chłopaków. Co, oczywiście, nie oznacza, że Thompson był jakimś protoVargą. Nie ma tak dobrze. Krzysztof jest jeden. Po prostu, jak to w kawałkach dla boysów sporo tutaj bójek, ciętych ripost, użytkowego traktowania kobiet i obnoszenia się ze splinem i pokancerowaną facjatą. No i wszystko obowiązkowo buja się na oceanie alkoholu. Na szczęście chłopackość Thompsona nie jest pokazem jaskiniowego macho rodem z osiedlowej siłki czy filmów Pasikowskiego, ale inteligentną, cierpką i wartką prozą, którą należy w siebie wdrożyć w tym ponurym roku kampanii wyborczych i innych katastrof.
Tym bardziej, że miejsce do którego przybywa i w którym na początku działa Paul Kemp, protagonista „Dziennika rumowego”, jawi się jako rajska lokacja – wprost ze snu pracownika biurowego. Palmy, temperatura +30, niepokojący minimalizm konfekcyjny opalonych dziewcząt, swobodne podejście do kwestii erotycznych, homary łowione własnoręcznie harpunem na kolację. Karaiby, lata sześćdziesiąte.
Po nich to będzie hulał Kemp, udając, że jest dziennikarzem na etacie miejscowego „San Juan Daily News”. Jednak jego aktywność na wyspie bardziej przypomina lunatykowanie w kierunku knajp i szukanie mocnych wrażeń, niż zaprogramowaną działalność człowieka pióra zorientowanego na Pulitzera czy choćby terminowe wywiązanie się z redakcyjnej działki. Rychło też wplątuje się w zabójczy trójkowy układ miłosny, który oprócz niego tworzą: Yeamon, kumpel z gazety i aktualna wybranka Yeamona, Chenault. W pakiecie dostaje ponadto narastające z tygodnia na tydzień przeświadczenie, że lajf po trzydziestce – nawet w tropikach, nawet po uszy w beczce rumu u Ala – nie będzie już nigdy młodzieńczym testowaniem gratisowych próbek z tym co krzepiące i słodkie. Kuzyn Konsula kiwa na was i zamawia następną kolejkę.
Oglądane z nowej i bezpośredniej perspektywy San Juan również okazuje się mirażem, symulacją luksusu i luzu, na krótko pokrywającą prawdziwe oblicze tej ziemi – biedę, anarchię i agresję lokalnych oddziałów milicji. Eden zamienia się w Sodomę, z której każdy chce nawiać do jakiegoś „gdzieś”, gdzie jest lepiej i za większe pieniądze.
„Dziennik rumowy” raczej nie zostanie książką waszego życia. Ale ma w sobie na tyle zacnego potencjału i ładnych zdań – o całej kolekcji hunterowskich charakterów nie wspominając – że z łatwością zrobi wam z wieczoru wydarzenie. Brać bez lodu.
Łukasz Najder
(19 maja 2010, Pocztówki z Paranoi: http://www.ultramaryna.pl/pzp/)
JEST JUŻ PIERWSZA RECENZJA "REQUIEM DLA SNU"!!!
"Są książki, które po prostu trzeba poznać.
Requiem dla snu Huberta Selby’ego Jr to jedna z nich."
Łukasz Najder,
Skowyt na Bronxie
"Wiadomo – adaptacja filmowa i wgniatająca muza Kronos Quartet. Ale mijał rok za rokiem i jakoś żaden z wydawców Najjaśniejszej nie kwapił się do obdzielenia rodaków towarem na którym wyrosły deliryczne sceny pana Aronofsky’ego. Selby nie miał wzięcia u naszych headhunterów. Depresyjny bluzg, przenikające się monologi, twórcza interpunkcja, nieprzyjemna strona miasta, metropolia zaserwowana na ociekającym krwią i spermą półmisku, Celine z NY..."
Ciąg dalszy na blogu Łukasza Najdera „Pocztówki z Paranoi”:
KONKURS KONKURS KONKURS KONKURS KONKURS
Wszystkich czytelników zapraszamy do wzięcia udziału w konkursie wydawnictwa Niebieska Studnia. Do wygrania 3 premierowe egzemplarze
"Requiem dla snu" Huberta Selby'ego Jra!
Żeby wziąć udział w konkursie, trzeba odpowiedzieć na pytanie:
Ile książek dotychczas wydanych przez Niebieską Studnię doczekało się ekranizacji? Proszę o podanie tytułów.
Uwaga: pytanie nie jest takie proste.
Odpowiedzi prosimy wysyłać mailowo na adres: kasia@niebieskastudnia.pl
O wygranej decyduje kolejność zgłoszeń: książki otrzymają trzy osoby, które jako pierwsze poprawnie odpowiedzą na pytanie.
Na odpowiedzi i zgłoszenia czekamy do
8 września!
ZAPRZYJAŹNIJ SIĘ Z NIEBIESKĄ STUDNIĄ NA FACEBOOK'U
The Physick Book of Deliverance Dane
Jeszcze w tym roku nakładem Niebieskiej Studni w polskich księgarniach pojawi się
"The Physick Book of Deliverance Dane" Katherine Howe: pięknie napisana, urocza opowieść rozpostarta pomiędzy życiem studentki z Nowej Anglii w 1991 roku a polowaniem na czarownice w 1692.
Polska premiera książki planowana jest na grudzień tego roku.
PREMIERA "REQUIEM DLA SNU"!
„Requiem dla snu” Huberta Selby'ego Jra pojawi się w księgarniach już
8 września!
W 2000 roku "Requiem dla snu" zostało przeniesione na ekran kinowy
w głośnej adaptacji wyreżyserowanej przez Darrena Aronofsky'ego.
Spośród wielu nagród i nominacji otrzymanych przez film, trzy nominacje przyznano Hubertowi Selby'emu za najlepszy scenariusz filmowy.
Oficjalna strona filmu: www.requiemforadream.com.
Piekielny Brooklyn
AMERYKAŃSKI KOSZMAR HUBERTA SELBY'EGO
„Selby poruszył treści, które do tej pory były ignorowane lub jeszcze gorzej – zniekształcane lub idealizowane w przyjętym kanonie amerykańskiej literatury: homoseksualizm, transwestytyzm, brutalność ulicznych gangów – opisywał je z bezlitosnym realizmem. Dotknął tematów tabu i dał głos pomijanym lub prześladowanym subkulturom i grupom społecznym. Zamiast „amerykańskiego snu” opisał „amerykański koszmar”. Na dodatek zrobił to w surowy, minimalistyczny sposób – w powieści nie wtrąca się jako narrator do tego, co mówią jego bohaterowie, nie próbuje niczego zmiękczać ani uczynić łatwiej akceptowalnym..."
(Z posłowia tłumacza)
Przeczytaj fragment...
Żadnej alternatywy nie ma
Recenzja "Niewidzialnych potworów" Chucka Palahniuka
„W życiu wszystko nam szkodzi i rani nas” – powiedział parę lat temu w wywiadzie dla „Dziennika” Palahniuk. Rzeczywiście – o pisanie tak makabrycznej, agresywnej prozy trudno podejrzewać kogoś darzącego życie głębokim uczuciem. Sfrustrowani seksoholicy żyjący wśród zmutowanych kurczaków, szaleńcy odstrzeliwujący sobie twarz, yuppie obijający sobie twarze w tajnych klubach walki – bohaterowie Palahniuka oddaleni są od statystycznego Kowalskiego o lata świetlne. Wydaje się, że jeśli jakaś twórcza metoda stoi za szaleństwem amerykańskiego pisarza, to jest nią nieustająca chęć przekraczania granic. Wszelkich granic. (...)
Nowojorskie Wersety
Nowa recenzja książki "Rok nie wyrok" Piotra Milewskiego
„Rok nie wyrok” Piotra Milewskiego to konkretne gówno. Dziennik roku walki z nieistniejącym uzależnieniem. Socjologiczna rozprawa o Stanach napisana językiem gangsta. Relacja live z piekła, które tętni i pracuje tuż pod lakierowaną podłogą amerykańskiego nieba. Książka o wiele więcej niż udana. Historia, która nie odlepia się od czytelnik, póki ten nie ujrzy wieńczącej linijki: Nowy Jork, 26 czerwca 2007.